Notki z prasy




  • A imię jej - Urząd Dzwonię do urzędu stanu cywilnego przy ul. Jezuickiej.
    - Dzień dobry, czy Powiśle podlega pod ten urząd?
    - Nie wiem, a kto pyta?
    - Nazywam się Barbara Niewiadomska. A z kim ja rozmawiam?
    - Z urzędem.
    - To pani nie ma nazwiska?
    - Nie. Ja się nie nazywam, ja tu pracuję.
    - Kto może mi udzielić informacji?
    - Nie wiem i nie chce mi się nad tym zastanawiać.

    Barbara Niewiadomska (Gazeta Stołeczna 19.04.2001)



  • Zwarci i gotowi. Urząd skarbowy na Mokotowie, czwarte piętro. Beżowe drzwi, beżowa wykładzina. Między kolejką po PIT-y a oknem zgrzyt: biała szafa. Nie, właściwie nie szafa. Z bliska widać, że pół korytarza zajmuje spora lodówka z odręcznym napisem: "Prosimy nie włączać lodówki". Niżej, tą samą ręką, ale robiony w widocznym pośpiechu, dopisek: "Włączenie lodówki powoduje zwarcie w pokoju 416 i 417".

    Wojciech Cieśla (Gazeta Stołeczna 09.03.2001)



  • Przyciśnięty Wtorek, dziesięć minut przed północą. Ulica Sikorskiego jest doskonale oświetlona. Już z daleka widzę autobus na przystanku przy skrzyżowaniu z Nowoursynowską. Stoi. Nikt nie wsiada, nikt nie wysiada, a on stoi. Czekając na zielone światło, spostrzegam za autobusem mężczyznę z twarzą niemal przylepioną do tylnej ściany. - Chce ukraść reflektor? - tylko tyle przychodzi mi do głowy. Ale on tkwi w bezruchu. Ruszam i mijając go, widzę strużkę zmieniającą się w kałużę pod kołem. Potem szybki ruch zapinania rozporka. I już biegnie, już siada za kierownicą. Autobus rusza.

    Małgorzata Plawgo (Gazeta Stołeczna 22.02.2001)



  • Palę faję Kolejka WKD do Grodziska, sobotnie przedpołudnie. Obok nastolatki siada mężczyzna w średnim wieku. Z kieszeni wyciąga papierosy i z kurtuazją zwraca się do dziewczyny: | - Nie będzie pani miała nic przeciwko temu, że sobie zapalę? | - Owszem, będę miała, w kolejce się nie pali - odpowiada zapytana chłodnym, zdecydowanym tonem. Mężczyzna jest zaskoczony i zbity z tropu. | - Tak to jest, jak się chce być uprzejmym - komentuje ponuro.

    Jan Halbersztat (Gazeta Stołeczna 29.01.2001)



  • Gałązka na przyczepkę. Punkt sprzedaży choinek na obrzeżach Warszawy. W asortymencie tylko kilka niezbyt ładnych drzewek. Jednym z nich zainteresowała się starsza pani. - Tanie, pachnące, ładne drzewko - zachwala sprzedawca. - A nie wydaje się panu, że ma trochę za mało gałęzi? - pyta kobieta. - Może i za mało, ale jak pani chce, to dodam kilka i sobie je pani jakoś doklei albo doczepi drucikiem...

    Marta Kawczyńska (Gazeta Stołeczna 23-26.12.2000)



  • Ach, ta młodzież... Autobus linii 141. Połowa miejsc wolna. Na podwójnym fotelu przy przednich drzwiach siedzi chłopak, czyta książkę. Na przystanku wsiada dynamiczna pani w średnim wieku. Rzuca na młodzieńca piorunujące spojrzenie i oznajmia: "Może byś mi ustąpił miejsca, młody człowieku?". Chłopak rozgląda się po autobusie, po czym mówi grzecznie (choć z ironią): "Wprawdzie jest jeszcze dużo miejsc, na których mogłaby pani usiąść, ale jeśli zależy pani na tym - to proszę". Kobieta siada i - oburzona - mówi do siedzącej za nią osoby: "Ach ci młodzi, za grosz kultury! Jeszcze komentuje, gówniarz".

    Jan Halbersztat (Gazeta Stołeczna 06.11.2000)



  • Skąd się biorą pieniądze? Nie znoszę kolejek, ale ta była niedługa: jakaś dziewczyna, jakaś para i już nasz wspólny cel - bankomat przy pl. Narutowicza. Pierwsza podeszła para; ona - długowłosa brunetka, on - ostrzyżony przy skórze, obydwoje w dżinsach i T-shirtach, młodzi, nowocześni. Stanęli przy bankomacie, kilka razy wkładali kartę, z ożywieniem dyskutowali. Wreszcie poddali się. Pani przede mną odeszła bez próby. Ja zaryzykowałam. Wsunęłam kartę, wstukałam PIN i na ekranie maszyny pojawił się napis: "Awaria drukarki, czy chcesz kontynuować transakcję?". Chciałam, transakcja się powiodła. | Młodzi ludzie odeszli, tłumacząc sobie: - Nie ma pieniędzy, drukarka się zepsuła...

    Aleksandra Boćkowska (Gazeta Stołeczna 30.08.2000)



  • Wilczy apetyt Multikino. Obok zasiadł młodzian w elastycznym golfie z największą z możliwych paczką popcornu. Na ekranie film "Zakazany owoc". Młodzian chrupie i ciamka. Na ekranie perypetie trójki przyjaciół. Młodzian ciamka i chrupie. Bohaterowie filmu też siedzą w kinie i chrupią popcorn. Młodzian wychodzi po kolejną porcję popcornu. Na ekranie zapętlają się uczucia. Młodzian mówi w przestrzeń: - Chyba się zrzygam od tego popcornu.

    Agata Żelazowska (Gazeta Stołeczna 29.08.2000)



  • Wypadki chodzą po ludziach. Stałam na przystanku autobusowym Sady Żoliborskie. Obok mnie dwie starsze panie prowadziły ożywioną dyskusję.
        - Wie pani, dwa lata temu tu niedaleko zdarzył się bardzo dziwny wypadek - rozpoczęła opowieść jedna z nich. - Ktoś wpadł pod tramwaj. Pogotowie przyjechało bardzo szybko, potem dźwig do podnoszenia tramwaju i policja. Nikt dokładnie nie wiedział, jak wygląda poszkodowany. Zapamiętano tylko tyle, że był to mężczyzna w szarym płaszczu. Po kilku minutach ktoś zauważył, że ofiara wypadku stoi obok niego. "A co pan tu robi? Dlaczego pan nie leży pod tramwajem?" - padło pytanie. "Bo tak jak pan obserwuję ten wypadek, a poza tym tam jest niewygodnie" - odpowiedziała trochę podchmielona ofiara.

    Marta Kawczyńska (Gazeta Stołeczna 07.08.2000)



  • Nadgorliwi. Mieszkańcy ul. Mozaikowej w Miedzeszynie walczyli o oświetlenie ulicy. Postawili nawet kilka własnych słupów. Gmina miała tylko dołożyć lampy. Czekali na nie już rok. I nagle stał się cud. Na Mozaikowej pojawiła się firma, która zaczęła zakładać latarnie. Mało tego, wykopała kilka dołów, a w dołach pojawiły się słupy. - Cała ulica będzie oświetlona. Niemożliwe! - dziwli się mieszkańcy. Gdy na drugi dzień wrócili z pracy, słupów już nie było. - Na pewno ukradli - snuli domysły. Powód okazał się bardziej zaskakujący: - Myśleliśmy, że gmina chce oświetlić całą ulicę, dlatego wstawiliśmy brakujące słupy. Okazało się jednak, że była zainteresowana tylko częścią. Słupy musiały więc zniknąć - wyjaśnił pracownik firmy instalującej oświetlenie. Dobrze, że nie robili drogi. Musieliby zwijać asfalt.

    Tomasz Kwaśniewski (Gazeta Stołeczna 20.07.2000)



  • Niedzielna, ale dzielna. Szedłem uliczką Żabią w Piasecznie. Także szła, ale z przeciwka, elegancka pani. Nagle ni stąd, ni zowąd odwróciła się i ruszyła pędem. Dopadła niebieskie cinquecento, któe już się wycofało z chodnika, już było na środku ulicy... Zapomniała powiedzieć czegoś kierowcy - pomyślałem. Ale pani wbiwszy obcasy w asfalt, podparła tył auta. - Pomocy - wykrztusiła. Podparłem i ja. Zerknąłem na przednie siedzenie - było puste! - Zapomniałam o hamulcu - wyjaśniła, dysząc. Usiadłszy już za kierownicą, rzuciła: - Wie pan, ze mnie to taki niedzielny kierowca. - I odjechała z piskiem opon.

    Paweł Wieczorek (Gazeta Stołeczna 06.07.2000)



  • Odciągnąć - zaciągnąć. Tramwaj linii 26 przedziera się przez Pragę-Północ. Atmosfera w drugim wagonie jest wesoła. Świecące słonko przyspiesza krązenie alkoholu we krwi niektórych pasażerów. Przystanek przy Czterech Śpiących. Tramwaj nie rusza. Pasażerowie zaczynają się kręcić niecierpliwie. Nagle do wagonu wchodzi pani motorniczy. - Który był taki dowcipny i zaciągnął hamulec? - pyta wściekła. Pasażerowie, w tym grupka najweselszych, rozglądają się dokoła, każdy robi niewinną minę. - To może przynajmniej odciągniesz hamulec - pani motorniczy z intuicją godną Sherlocka Holmesa zwraca się do najweselszego z mężczyzn. Ten ani drgnie. Pani motorniczy sama odciąga hamulec i wysiada. - Jakbym odciągnął, to wyszłoby na to, że umiem i zaciągnąć - najweselszy zwierza się koledze. - Słusznie - konstatuje tamten.

    Tomasz Kwaśniewski (Gazeta Stołeczna 18.05.2000)



  • Wiosna idzie. Saska Kępa, wczesne przedpołudnie. Słonko wygląda zza bloków na Międzynarodowej, łagodny wietrzyk mierzwi czupryny przechodniów, a na asfalcie kładą się migotliwe cienie. Ach, jak wiosennie. A może jednak jesiennie, bo oto przy krawężniku parkuje ciężarowy star, z którego zeskakuje dwóch panów w kombinezonach. Biorą wielki zamach i widłami ładują na samochód zeszłoroczne liście, które w wielkich kopach leżą tuż przy jezdni. A może to jednak wiosna? Nie widziałem co prawda krokusów ani przebiśniegów, ale słyszałem o czymś takim jak wiosenne porządki.

    Tomasz Kwaśniewski (Gazeta Stołeczna 17.02.2000)



  • Kibice w mundurach Przechodziłem przez rondo Dmowskiego. Nagle tuż przed skrzyżowaniem zatrzymał się grafitowy mercedes. Kierowca włączył awaryjne światła i wysiadł. - To Janusz Wójcik! Ten trener! - zawołał podekscytowany przechodzień. | Choć trąbiącym klaksonom i niewymownym gestom kierowców, którzy utknęli w korku, nie było końca, trener spokojnie podszedł do policjantów kierujących ruchem na rondzie. Uśmiechy, uściski dłoni, krótka rozmowa i po chwili trener Wójcik odjeżdża policyjnym polonezem. Mijają minuty, Marszałkowska jest już zablokowana aż do pl. Konstytucji. Nagle od strony Woli nadjeżdża radiowóz z trenerem, ścina zakręt, wjeżdża na tory tramwajowe i staje przed mercedesem. Janusz Wójcik wysiada z kanistrem i lejkiem. Widać, dobry trener zawsze może liczyć na kibiców, także tych na służbie.

    Igor Ryciak (Gazeta Stołeczna 19.01.2000)



  • Spacerologia Multikino na Ursynowie napawa mnie lękiem. Przed Multikinem dostaję rozdwojenia jaźni. Panicznie lękam się obłąkanego rajdu po ciasnym parkingu, z drugiej strony boję się porzucać samochód wśród innych, zostawionych w nieładzie na trawnikach wokół kina. Ale największej frustracji dostaję w wielgachnym holu, w tłumie przed kasą i w smrodzie popcornu. Po agresywnej walce z innymi kierowcami i spacerze w błocie po kostki wypieszczone wnętrze wzmaga we mnie poczucie dysonansu. Postanowiłem się leczyć. Wyszedłem z multipleksu i zacząłem multipleks podziwiać. Spodobały mi się gustowne lampki i różowy neon. A bryła budynku - hmm, jaka przyjemna, myślałem, krocząc leczniczo po kostce bauma. Za rogiem multipleksu, w miejscu, gdzie nowiutka kostka przechodziła w morze rozjeżdżonego błota, stał facet. Stał i klął. Oparł się o lśniącą ścianę lśniącego multipleksu i ubłoconym patykiem wydłubywał sobie z podeszwy psią kupę.

    Wojciech Cieśla (Gazeta Stołeczna 23.12.1999)



  • Syrenka z jasnego nieba Francuz był wyraźnie zaskoczony. Mruczał coś pod nosem i z ciekawością oglądał marmurowy postument, na którym nieduża, półnaga kobieta wznosiła miecz i tarczę. Bulgoty dobiegające spod pomnika i zielonkawe światło wyraźnie mu się spodobały. Z ukontentowaniem obrzucił wzrokiem syrenkę i sięgnął do torby po przewodnik Pascala. Cały czas mrucząc, odnalazł plan warszawskiego rynku. Zamarł. Jeszcze raz spojrzał na syrenkę i rzucił okiem na stronę przewodnika, gdzie widniało zdjęcie pomnika kobiety-ryby na murach Barbakanu. Potem, mrucząc coś i oglądając się za siebie, odszedł z rynku na Barbakan.

    Wojciech Cieśla (Gazeta Stołeczna 18-19.12.1999)



  • Dreszcz i blondynka. Lubię starą Pragę, ale zawsze, kiedy muszę tam zaparkować, dopada mnie dreszcz emocji. Wczoraj dreszcz dopadł mnie zaraz po tym, jak zatrzymałem samochód na inżynierskiej. Gdy chowałem radio pod siedzenie, w szybę zastukała blondynka. | - Ma pan telefon? - zagadnęła. - Ukradli mi kartę, chcę ją zablokować - wyjaśniła i rozejrzała się na boki. Szarmancko podałem komórkę, a że kobieta wyglądała na zafrasowaną, współczująco stanąłem z boku. Jednak kiedy dystans między mną a komórką niebezpiecznie się zwiększył, zaoponowałem. | - Zaraz, zaraz, nie mogę się dodzwonić - burknęła, i znów rozejrzała się na boki. Najbliższa brama była tuż-tuż. | - O, policja - odetchnąłem z ulgą, kiedy zza rogu wychynął patrol mundurowych. - Oni pani pomogą - poradziłem. | Dwie godziny później w tym samym miejscu natknąłem się na tę samą blondynkę. | - Pani ciągle tutaj? - zapytałem. | - Ja? - kobieta zmierzyła mnie kosym spojrzeniem. - A tak jakoś wyszło. Ech ta policja - mruknęła i potruchtała do ruszającego poloneza. | - Ma pan komórkę? - zagadnęła, a mnie znów przeszedł dreszcz.

    Wojciech Cieśla (Gazeta Stołeczna 26.11.1999)



  • Jak z płonącego okrętu Doszedłem Dolną do skrzyżowania z Belwederską. Czekam na światłach i uśmiecham się do przejeżdżających aut. Nagle czuję pod nogami jakiś ruch. Patrzę i oczom nie wierzę - na ulicę wbiega wielki, tłusty szczur. Prędko przebiera nogami. Zapominam, że to szczur, i w myślach dopinguję biedaka. Uff, udało mu się! Ciekawe, z którego domu wybiegł, ciekawe, ile w tym domu kosztuje metr kwadratowy, i ciekawe, kiedy ten dom runie.

    Tomasz Kwaśniewski (Gazeta Stołeczna 05-06.06.1999)



  • Agresja starszej pani. Był ciepły, słoneczny dzień. Świat, co nie tak znów częste w Warszawie, wydawał się gościnny i przyjazny, a ludzie pełni dobrej woli. Nastoletni chłopak o wyglądzie intelektualisty otworzył w autobusie okno. Do środka napłynęło coś jakby zapach wiosny, zjawisko nie tak częste w warszawskiej komunikacji. Nie minęło dziesięć sekund, kiedy z siedzenia za nastolatkiem zerwała się starsza pani o długich, siwych włosach starannie upiętych w kok. Krzyczała. Szarpała uchwyt okna. Wygrażała - Jak ci duszno, to wysiądź i idź piechotą! - syczała, szarpiąc się z oknem. Chłopak milczał. Nic nie odburknął, nie skrzywił się, patrzył tylko ze zdziwieniem. - Duszno ci? - syczała starsza pani. - Obyś się od razu udusił! | Nadał był ciepły i słoneczny dzień. Tylko wszystko poza tym było inne.

    Joanna Wojciechowska (Gazeta Stołeczna 11.05.1999)



  • Łączy nas coraz więcej. Czwarta po południu, autobus 175. Dzwoni telefon komórkowy młodej dziewczyny stojącej na przegubie pojazdu. | - W 175. A ty? Z tyłu autobusu? Nie chce ci się przedzierać? Już idę. - Po chwili oboje są razem. Wzruszyłem się. To jednak zbliża ludzi.

    Michał Wojtczuk (Gazeta Stołeczna 19.03.1999)



  • Nie ma tego złego... Chciałem zadzwonić do urzędu dzielnicy Praga-Południe, sięgnąłem po książkę telefoniczną z roku 1996/97. Wykręciłem numer. | - Słucham? - zapytał męski głos. Przedstawiłem się i zacząłem wyłuszczać sprawę. Głos odczekał, po czym poinformował mnie, że pod tym telefonem nie ma już urzędu, ale jak chcę, to mi poda nowy numer, bo ma przygotowany. Zapisałem i zacząłem przepraszać. Wtedy głos przystąpił do kontrataku. Przedstawił się jako agent ubezpieczeniowy firmy Commercial Union i powiedział, że jeśli chcę, to on może mnie ubezpieczyć lub w drugiej dekadzie lutego podać mi pełną informację na temat drugiego filaru ubezpieczeń. - Wie pan, skoro dostałem ten numer, to musiałem go jakoś zagospodarować - wytłumaczył.

    Tomasz Kwaśniewski (Gazeta Stołeczna 29.01.1999)



  • Przede wszystkim nie szkodzić. Jechałam "dziesiątką" na Wolę. Była 9 rano, gorąco, choć jeszcze nie upał. Pasażer siedzący obok mojej mamy odwrócił się i powiedział: "Strasznie mi słabo, proszę mi pomóc". Mama podała mu validol i ze współpasażerem zaczęła układać tracącego już przytomność mężczyznę na podłodze. Motorniczy zatrzymał tramwaj na rogu Wolskiej i Płockiej. Ktoś wyjął komórkę, zaczął dzwonić na pogotowie, ale było zajęte. Ktoś inny powiedział: "Przecież tu na rogu jest szpital". Pobiegłam 50 metrów do szpitala Akademii Medycznej na rogu Wolskiej i Działdowskiej. Pani w portierni wskazała izbę przyjęć, pani z izby przyjęć - drzwi do gabinetu. Za drzwiami wykrztusiłam do pielęgniarki: "Zasłabł, w tramwaju, leży nieprzytomny". Pielęgniarka zdziwiła się: "I co z tego? My nie pomożemy. Trzeba wezwać pogotowie" i skierowała do pani doktor. Pani doktor przyjmowała pacjenta i wypisywała jakiś druk. Spytała: po pierwsze, czy mężczyzna aby nie jest pod wpływem alkoholu, po drugie, co ona może pomóc, zmierzy mu tętno i co dalej? Poradziła, żeby czekać na pogotowie. I dodałš uspokajająco, że nie może przecież wyjść z izby przyjęć. Kiedy po kilku minutach nieskutecznych próśb wyszłam ze szpitala, pogotowie już było. Na szczęście udało się je wezwać przez komórkę.

    Agata Żelazowska (Gazeta Stołeczna 10-11.06.1998)



  • Niespecjalna instrukcja. "W czasie II wojny światowej wcale często zdarzało się wykorzystywanie do rozminowywania i neutralizowania ładunków wybuchowych jeńców wojennych. Było to niespecjalnie zgodne z konwencją genewską, ale zdarzało się praktycznie na wszystkich frontach. Cel był podobny - ochrona życia włšsnych saperów, choć metoda niespecjalnie godna polecenia." - czytamy w materiałach prasowych Komendy Głównej Policji o nowo zakupionym robocie do rozbrajania ładunków wybuchowych. | Chyba ktoś "niespecjalnie" pomyślał, pisząc tę instrukcję.

    Marek Kozubal (Gazeta Stołeczna 18.02.1997)



  • Cierpliwość się opłaca. Nick Nolte, Melanie Griffith, John Malkowich - to wszystko w sobotę w kinie Wisła. | W kinie jesteśmy 15 minut przed seansem. Na kasie wisi kartka: "Biletów na godz. 18 nie ma". Natychmiast podskakuje do nas trzech koników: - Może bileciki na szóstą potrzebne? Od koników nie kupujemy, wycofujemy się do pobliskiego baru. Ustalamy, że poczekamy kwadrans, może po rozpoczęciu filmu koniki zmiękną i sprzedadzą bilety po cenie urzędowej. | 18.10 - wracamy do kina. Z kasy znikła kartka. - Czy są bilety na godz. 18? | - Oczywiście - uśmiecha się kasjerka. Koniki patrzą na nas ponuro. Nie próbuję nawet zgadnąć, skąd brakujące bilety znalazły się w kasie.

    Joanna Wojciechowska (Gazeta Stołeczna 05.11.1996)



  • Bagatela. Toaleta w podziemiach na stacji metra Służew. Dialog między cudzoziemką a babcią klozetową. | - Proszę pani. Zamknąć się w kabinach nie można. To nie jest OK. To jest nie w porządku - mówi cudzoziemka (po polsku z akcentem). | - Bagatela... - dobiega głos babci klozetowej. | - To nie bagatela, to jest problem. I ja tego nie rozumiem - cudzoziemka nie daje za wygraną. | - Przecie mówię - Bagatela. Tam jest dyrekcja, tam można składać skargi.

    BART (Gazeta Stołeczna 27.09.1996)



  • Nowocześnie, coraz nowocześniej. Wieczór, delikatesy Robert na Służewiu. Przy elektronicznej wadze chłopak w dżinsach próbuje zważyć ziemniaki. Kładzie siatkę na wagę, wciska przycisk z rysunkiem ziemniaków. Nic. Wciska drugi raz. Nic. Wciska po raz trzeci i czwarty. Wokół ustawia się kilku zniecierpliwionych klientów chętnych do zważenia podobnych siatek z owocami i warzywami. Zjawia się ekspedientka. Biezre od chłopaka siatkę z ziemniakami. - Trzeba położyć, o tu [kładzie na wagę], wcisnąć rysunek, o ten [wciska "ziemniaka"], i wszystko - wyjaśnia. Wciska. Waga nic. Wciska jeszcze kilka razy, z wagi w końcu z szumem wyskakuje naklejka z ceną. Chłopak (speszony): A, to trzeba pokombinować. Ekspedientka (burczy): Nic nie trzeba pokombinować, co to za filozofia! Teraz ja. Rzeczywiście, waga błyskawicznie waży moje pomarańcze i pomidory. Wypluwa naklejki. Ale podchodzę do elektronicznej kasy. Z pomarańczami poszło bez problemu. Przy nalepce z ceną pomidorów automat współpracy odmawia. - Nie ma kodu - mówi bezradnie kasjerka. Muszę mieć głupią minę, bo powtarza: Kod-nie-ma-ko-du. - To co, mam "tam" wrócić? - pytam i wskazuję na wagę. - To ja już pójdę - wzdycha kasjerka. - Coś nam ta maszyna dzisiaj szwankuje. | Oddycham z ulgą i prosze o torebkę. - Za reklamówkę 20 groszy. Bezpłatne nam się skończyły, będą jutro - mówi na dobranoc. Nie ma to jak zakupy wieczorową porą.

    Marzena Filipczak (Gazeta Stołeczna 22.07.1996)



    Powrót do strony głównej Powrót do treści niefantastycznych