Dochtór Dyzma i owce

DOCHTÓR DYZMA I OWCE



Jeśli pamięć mnie nie zwodzi, wszystko zaczęło się gdzieś z początkiem wiosny. Pogoda naonczas była dziwna - zimno, gdzieniegdzie w głębszych ostępach wciąż leżał śnieg, zaś rośliny nad wyraz niechętnie wypuszczały pąki, jakby nie do końca przekonane o odejściu zimy. Dnia zaś, o którym chcę wam opowiedzieć, było jeszcze gorzej. Od rana, wszędzie, jak okiem sięgnąć, niemiłosiernie trzaskały pioruny, zaś nisko, niemal muskając czubki wcale nie takich znów najwyższych drzew, niespokojnie tłoczyły się czarne, tłuste chmury. Wszyscy mieszkańcy lasu niepewnie popatrywali w niebo, czując nadchodzącą niezwykłą burzę i, pragnąc towarzystwa i otuchy, ciągnęli gromadnie do przytulnej karczmy Amadeusza Niedźwiedzia. Wkrótce zrobiło się tam bardzo, ale to bardzo tłoczno, jednak nie było nikogo, kto by nie znalazł miejsca i nie dostał szklaneczki czegoś rozgrzewającego.
Popijając tak rozmaite trunki i mimowolnie kuląc się, gdy nieopodal trzaskały pioruny, rozprawiano żywo o zastanawiających kaprysach natury. Bo trzeba tu nadmienić, że burz takich nie spominali nawet najstarsi z bywalców lokalu. Ba! Nawet prowadzona od setek lat przez uczoną rodzinę puchaczy "Wypadków Wszelakich Kronika" ni słowem nie napomykała o podobnej pogodzie, a księdze tej przecie każdy dawał wiarę. Co jeszcze bardziej znamienne, sam Atanazy Kruk, wiekowy starzec, który przetrwał zim więcej, niż te trzy piękne dęby, w cieniu których stał i po dziś dzień stoi, jak przekonać się możecie na własne oczy, lokal Amadeusza, przyznawał osowiały, że nigdy dotąd nie spotkał się z taką pogodą. A trzeba wam wiedzieć, że mówił to dziarski i wesoły na co dzień starzec, sypiący na zawołanie starymi, dobrymi kawałami, snujący niezmordowanie przeróżne wspaniałe opowieści z czasów naszych pradziadów, i chwalący się bez wstydu przyłożeniem skrzydła do budowy każdej niemal rzeczy w naszym lesie. On, który znał każdy fakt, i który był świadkiem każdego zaistniałego czy zmyślonego zdarzenia; on, który był "nieustraszonym pionierem" - mówił, że drżenie ogarnia jego starcze serce na widok tych posępnych cumulusów.
Inna rzecz, że mało kto niepokoił się o serce starca, bo zdawało się, iż nic nie jest w stanie go zmóc. Nawet ta paskudna pogoda i rozbudzony w kościach wielu gości reumatyzm. Powszechnie uważano, że kruk przeżyje nas wszystkich, a pewnie i naszych potomków. Mimo to Amadeusz troskliwie podał mu najlepszy z posiadanych rum (na koszt firmy oczywiście), coby "serce palpitować mu przestało". Atanazy zawsze zresztą podkreślał, że nie ma lepszego lekarstwa na serce, i w ogóle na wszelkie choroby, jak odrobina rumu. Z miłą więc chęcią przyjął trunek, i jednym, długim pociągnięciem wyssał przez słomkę pół bez mała szklanki, po czym, z pewnym ociąganiem, przygotował się do kolejnego wieczorku autorskiego. Tym razem opowieść tyczyć miała ojca jego, Krystiana, który to pisklęciem będąc zgoła, w świat ruszył i...
- Pierw tatko mój, ptak na schwał jak się patrzy... A jakże, przecie nie od parady miejscowe ćmoki zwały go Muskułem, bo gdy inni w walce dzioba nadużywali, on jeno piersią swą mocarną łby tłukł wrogom... Eeech, kch, kch... Eee... co to ja mówiłem, synku? - zwrócił się uprzejmie do starego, przyprószonego siwizną bobra, co to imienia którego jakoś nikt nie był w stanie zapamiętać.
Bóbr dostrzegalnie spąsowiał, bo w centrum uwagi nie zwykł się znajdować, i niemal począł wtapiać się w podłogę. Na szczęście na ratunek pospieszył mu młody jeleń, który jeszcze bajań starca nie miał okazji słuchać:
- Mówiłeś, dziadku, o swoim rodzicielu...
- Ach tak, racja... Hem, hem. No cóż... Wielki i mądry ci on był. Ale i bardzo niespokojny. "Żywa Dusza", jak zwykła go określać kochana mama. No i, jak każdego niespokojnego ducha, zmierziło go w końcu bezczynne siedzenie rok za rokiem w lesie, skoro gęsi nawet - a trzeba wam wiedzieć, że tatko mój gęsi miał za najgłupsze stworzenia na świecie - skoro gęsi nawet latają co zimę w dalekie krainy, a potem całe i zdrowe wracają. Na tej podstawie wykoncypował, że coś być musi dalej, za tym lasem. Coś warte zobaczenia. Czule z matką się więc pożegnał i obwieściwszy, że za roków pełnych pięć objawi się spowrotem, w drogę wyruszył.
Kruk pokiwał w zamyśleniu głową i ukradkiem otarł szklące się w oczach łzy. Był naprawdę dumny ze swego ojca. Mało czyj przodek zdecydował się dotąd opuścić rodzinny las, i obejrzeć cuda innych krain. Pociągnąwszy nosem westchnął głośno, teatralnie niemal, i podjął wątek:
- Ruszył więc tatko w świat wiedzy dobywać, i przygody przeżyć. Ale nie przygoda jedynie i ubaw były mu w głowie. O nie! Jeśliście tak myśleli, to w wielkim byliście błędzie. Ojciec mój... hmm...
Atanazy pogładził się skrzydłem po szyi kalkulując coś w myślach, jednak wyciągnięty wniosek okazał się być niewartym zachodu, bo po chwili przerwy na pociągnięcie kolejnej porcji rumu, ciągnął dalej:
- ...no więc tatko za cel sobie postawił, że skoro on jeden z naszego lasu tak daleko w świat rusza, reszta zaś zwierząt szans takich raczej posiadać nigdy nie będzie... Otóż, moi drodzy, postanowił on, że dla tych wszystkich zwierząt, które przecież były mu zawsze bliskie bardzo, zapisze kronikę peregrynacji swojej, gdzie wszelkie zdarzenia, jakie dane mu będzie przeżyć, sumiennie i prawdziwie opisze. Tedy, nim ruszył, od prababki Amelii sowy - tu kruk złożył głęboki ukłon w stronę naszej ulubionej reporterki, w dziobie której znikał właśnie ogon zasmażanej w borowikach myszy - otrzymał wielką, robioną z papieru księgę, pióro gęsie, oraz niewielki flakonik jagodowego atramentu. Wszystko to do torby...
- Dziadku, dziadku! - niecierpliwie przerwał młody, niedoświadczony widać jeleń. - A czy...
- Cichaj młodziku! - zagrzmiał Niemir Żubr. Starał się mówić jak najciszej, jednak nieskoro mu to wyszło. Jego głos zawsze był donośny i trudno było go nie słyszeć - Nie wiesz, że starszym się nie przerywa?
- Ach, nie trzeba, nie trzeba. - kracząco zaśmiał się kruk, widząc, że jeleń gotów upomnienie potraktować jako plamę na honorze - Młoda krew, to i niespokojna. Młodość rządzi się swoimi prawami. - i przekrzywiwszy dziób zwrócił się do jelenia - Jak masz na imię, chłopcze?
Twarz jelenia wyraźnie poczerwieniała. Potrząsnął głową, jakby opędzając się od jakiejś niewidocznej muchy, i cicho zaczął coś mówić. Za moment jednak zdecydowanie odchrząknął, i odważnie odpowiedział:
- Jeszcze nie mam imienia, panie kruku.
Fala wesołości przetoczyła się przez bar. Młodzikowi starszyzna jeleni nie nadała jeszcze imienia, a już chodził między dorosłych. Odważny musiał być. Co poniektórzy zaczęli nawet szeptać, że najpewniej, jeśli nie przydarzy mu się jakiś nieszczęśliwy wypadek, w przyszłości wodzem stada zostanie.
Kruk ponownie się zaśmiał i z uciechy postukał skrzydłem po blacie. Nagle spoważniał i przyjaźnie powiedział:
- Odważny jesteś, młodziku. Podobasz mi się. - na sali rozległy się pomruki zdumienia. Kruk nieczęsto okazywał sympatię wobec nieznajomych mu stworzeń - O co chciałeś się spytać?
- No więc... - Niejeden zacmokał, wiedząc, jaka na to będzie reakcja uczonego starca.
- Jedna nauka na przyszłość, chłopcze. Nie zaczynaj zdań od "No więc". - na punkcie tego sformułowania wszystkie zwierzęta były już wyczulone, i każde z nich unikało go jak ognia. Co gorsza, ostatnio w podobną manierę wpadła Amelia Sowa, i, jak tak dalej pójdzie, to burmistrz wprowadzi jakieś przepisy w sprawie poprawności wysławiania się. A od tego bardzo już niedaleko do dyktatury.
- Dobrze, psze pana. - troszkę się zmieszał jeleń, ale trwało to ledwie mgnienie oka - Chciałem się spytać, czy ten dziennik podróży pańskiego ojca istnieje jeszcze? To już chyba wiele lat od jego śmierci?
- O tak, tak... Zmarł... Na długo, zanim wystawiliśmy wspólnymi siłami ratusz. - w pomieszczeniu rozległo się kilka znaczących pokasływań. Kruk akurat swoich sił do wspólnej puli nie dołożył wcale. Co najwyżej się przypatrywał, a to zbyt niewiele, by nazwać wkładem w budowę - A ratusz przecież już stoi ho, ho, ho...
- Ale kronika jest? - nie ustępował młodzian.
- A jakże, jest. Pewnie, że jest. A co? Chciałbyś może ją zobaczyć?
Jeleniowi zalśniły oczy. Kruk nie dał mu nawet dojść do słowa i zaśmiał się znów tym swoim irytującym rechotem:
- Widzę, żeś bardzo ochotny. Dobrze, wpadnij do mnie kiedyś, a pokażę ci księgę peregrynacji ojca mego.
- Naprawdę? Mogę? - jeleń wypiął pierś, puchnąc zda się z zachwytu. Wydawał się być zupełnie nie zrażony głośnymi pochrząkiwaniami stałych bywalców baru. Współczuli oni bardzo każdemu, kto decydował się przestąpić próg zawalonego wszelkimi gratami mieszkania starca. Już nawet nie chodziło o ten bałagan i smród, jaki od niepamiętnych czasów panował pod jego gniazdem, ale o to, że prezentacje kronik, rycin i uczonych ksiąg często przeciągały się do samego rana, nawet wbrew woli zapraszanego. I to w dodatku bez kawałka ciasta, czy łyku herbaty.
- Ależ oczywiście, oczywiście... Teraz jednak, pozwól, że dokończę... - Kruk szybko dziobnął tosta i, zmrużywszy oczy, przełknął kęs. Posmakował chwilkę, po czym, wciąż wpatrując się w sufit, rzekł:
- Może jednak poproszę troszkę tej pysznej margaryny, dobrze? Czuję, że dzisiaj mi nie zaszkodzi.
Amadeusz skinął głową i mruknął:
- Z traszek?
- Hmm? - Kruk przekrzywił pytająco łeb.
- Margaryna "traszka", ma się rozumieć? - powtórzył głośniej niedźwiedź.
- Jjasne, jasne. Wystarczy lekko posmarować - zaintonował kruk i umilkł zawstydzony - Czy jakoś podobnie... - westchnął ciężko - Lubiłem tę agencję reklamową Marcelego Szpaka. Szkoda, że nie ma go już wśród nas. Dobry to był chłop...
Myśli większości biesiadników poszybowały na moment w minione, dobre czasy, gdy to mały, zadziorny, ale solidny szpak przyjmował zlecenia na reklamy i realizował je z najwyższym kunsztem, jakiego nie miały większe i starsze firmy. Każda jego reklama była inna, niepowtarzalna, i nieodmiennie wpadała w ucho. Zawsze. "Słowiczy Głos" był gwarancją sukcesu. Takie zresztą było jego hasło reklamowe. Co prawda syn Marcelego, Elmer, nosił się z zamiarem otworzenia podobnej agencji, ale wszyscy twierdzili, że to nie będzie to samo. Smrodek, jaki towarzyszył szybkiej likwidacji agencji, poważnie nadszarpnął zaufanie do rodziny szpaka, i raczej nieprędko uda im się je odbudować. No, chyba że Elmer dorówna kunsztem swemu ojcu, choć ten cichy młodzieniec nie wyglądał na takiego, który potrafiłby wymyśleć coś błyskotliwego. Teraz prym w reklamach wiodła niewielka, sponsorowana przez Zamorze agencja "Wilga świtem". Jeden z jej pracowników siedział właśnie na stoliku-półce, i w przerwach między piorunami niemrawo usiłował coś wyśpiewać. Robił to jednak bez serca, i jedyne, co dało się wyłowić z tych jego melorecytacji, to były słowa "król" i "majonezu".
Zadumę nad kruchością życia zupełnie niechcący przerwał Maciek Niedźwiedź, kuchenny posługacz Amadeusza, wyłaniając się z zaplecza i basowym głosem oznajmiając:
- Ślimaki zapiekane w szczawiu raz. Kto zamawiał?
Po chwili uważnego rozglądania się wokół, dał się słyszeć jakiś hałas spod ściany. Zaszurały łapy przesuwających się stworzeń, po czym z ciżby wychyliła się zaopatrzona w długi, czerwony dziób, należąca do Klementyny Bocianowej, głowa.
- Tutaj, jeśli można prosić. - zaklekotała, podnosząc w górę skrzydło.
W czasie, gdy Maciek stawiał przed nią wysoki, wąski talerz, Atanazy otrząsnął się, i odchrząknąwszy rzekł:
- Nie czas nam smucić się. Wystarczy, że pogoda zaraz zapłacze nad naszymi nieobecnymi. Teraz zaś, ku pokrzepieniu serc, opowiem wam może pewną przygodę, jaką przeżył mój przodek... A raczej, jakiej był obserwatorem i kronikarzem. - kruk pociągnął trochę rumu ze szklanki - Otóż, we wsi pewnej, daleko od nas, bardzo daleko, dnia pewnego ojciec świadkiem był, jak z jaja kaczego stworzenie się wykluło wielce, ale to wielce niepodobne do kaczego pierwowzoru. Brzydkie takie było, nieporadne, wcale nie żółte...
Opowieść przerwał nagle wyjątkowo jaskrawy błysk, któremu towarzyszył ogłuszający grzmot. Mało kto nie podskoczył na swoim siedzisku. Kruk pierwszy, choć zdawało się, iż raczej za serce winien się schwytać, ciekawie wychylił się, by spojrzeć, cóż takiego raban uczyniło. Wtem ze zgrozą jęknął, a z nim zaraz i inni, bowiem w drzwiach, mniej więcej pośrodku, widniała dymiąca, sczerniała na obrzeżach dziura. Na sali zapadła cisza. Z odległego kąta pomieszczenia rozległ się przytłumiony, warkotliwy głos:
- Piorun pieprznąć musiał...
Amadeusz zadrżał. Jako właścicielowi placówki gastronomicznej wypadało mu straty oszacować i obaczyć, czy prócz drzwi czego jeszcze remontować trza nie będzie, jednak wyjść na dwór straszno było. Wreszcie, złowiwszy kilka zaciekawionych i z lekka kpiących spojrzeń, pierś dumnie wypiął, odwagi nabrał, i ruszył wyjrzeć na zewnątrz. Obawiał się, że tak bliski i potężny piorun mógł podpalić jeden ze stojących w bliskim sąsiedztwie karczmy dębów, co postawiłoby pod znakiem zapytania dalszą działalność lokalu. Nim jednak do wyjścia dotarł, drzwi z przeciągłym jękiem rozwarły się powoli, i do wnętrza, w aureoli oślepiającego błysku kolejnej błyskawicy, wkuśtykał chwiejnym krokiem ogromny borsuk. Z jego postrzępionego, osmalonego futra unosiły się gęste, oleiste smugi śmierdzącego palonym włosiem dymu, zaś w szklistych oczach czaiła się pustka. Słychać było nieprzerwany, drobny chrobot, jaki wydawały szorujące po podłodze drżące pazury. Przez wybuchłą na sali wrzawę ledwie przebił się baryton Amadeusza:
- On potrzebuje medyka! Niech no który skoczy po Judytę Zającową!
Znów zrobiło się cicho, jak makiem zasiał. Jakoś nikt nie kwapił się wyjść na burzę i narażać swoje życie, a potem kłamać w żywe oczy uczynnej przecież Judycie, że w drodze do karczmy nic jej nie grozi. W tej dramatycznej, przełomowej chwili, spomiędzy nóg zdziwionego łosia rozległo się nieśmiałe chrząknięcie, po czym na środek pomieszczenia wysunął się drobny, szary zając. Nerwowo zacierając łapki przedstawił się:
- Stefan jestem. Mąż Judyty. - kolejne słowa wypowiadał coraz ciszej - Znam się trochę... na leczeniu...
Z piersi dziesiątek obecnych na sali wyrwało się chóralne westchnienie ulgi. Nikt nie musiał już wychodzić na dwór. Zając w tym czasie szeptem poprosił Amadeusza o kilka flakonów ziół i gorącą wodę, po czym jął uspakajać borsuka. Pod wpływem jego ręki i kojącego głosu, nastroszone na grzbiecie spowitego dymem nieszczęśnika włosie poczęło się kłaść. Dopiero teraz dopatrzono się w naelektryzowanym borsuku swego doskonałego, wspaniale układającego drzewne mozaiki artysty.
To był Dyzma.


I życie wróciłoby do normy, gdyby nie ten nieszczęsny piorun. Dyzma Borsuk, nim oberwał tym skondensowanym ładunkiem niebiańskiego gniewu, był jednym z bardziej cenionych artystów-rzeźbiarzy. Wszystko, co wychodziło spod jego ręki, nosiło ślady piękna. Ślady jedynie, bo Dyzma takim znów doskonałym artystą nie był. Lepszym rzeźbiarzem był, i zresztą jest, choćby Konrad Dzięcioł. Ten sam, co to ma brata telegrafistę. Ale dzięcioł kończył studia na Akademii Sztuk Przypadkowych, a borsuk nie ukończył nawet krótkich kursów w Leśnej Szkółce Dwudniowej. Był jednak na tyle dobry, i rzeźbił na tyle ładnie, że zawsze miał zleceń na parę miesięcy wprzód. Przynajmniej jeśli chodzi o mozaiki podłogowe, kandelabry, skromnie rzeźbione kontuary, i w ogóle wszelkie zdobione meble. Wszystko to robił chętnie i szybko. Jednak, mimo iż dostawał za swoje wyroby niezłe ceny, bogactwo nie było jego życiowym celem. Byłby w stanie pracować i dwanaście godzin dziennie, wolał jednak dzielić czas pracy na dwoje - pracę zarobkową i hobby - pracę naukową w warsztacie. Tu bowiem, w dobudowanej do domu szopie, przesiadywał całymi godzinami i majstrował jakieś dziwne, niezrozumiałe zupełnie dla laików, jakimi byli mieszkańcy lasu, urządzenia. Twierdził, że to jego wkład w ogólnoświatową naukę.
Niestety po tym, jak trafił go piorun, nieborak zdziwaczał zupełnie. Całkowicie zarzucił pracę w drewnie, czym doprowadził do czarnej rozpaczy kilku wyposażających swoje domy nowobogackich, i zamknął się w swoim warsztacie, nie dopuszczając do siebie nikogo. Zaczęto mówić o destrukcyjnym wpływie nauki, o kolejnej ofierze na ołtarzu postępu, i tak dalej, i tak dalej, ale tak dokładnie to nikt nie wiedział, co było bezpośrednim powodem odosobnienia. Bo pośredni wszyscy wymieniali bez zająknięcia - wiosenny piorun.
Z początku, zwłaszcza wieczorami, w sąsiedztwo domostwa Dyzmy przekradały się miejscowe dzieciaki, by obserwować, kiedy w końcu cała ta szopa wyleci w powietrze. Obserwowały, i obserwowały, jednakże nic takiego nie miało miejsca. Owszem, coś się błyskało, coś strzelało, wybuchało, słychać nawet było siorbania, popiskiwania, wrzaski i płacze, ale wszystko to na dłuższą metę nie było aż tak atrakcyjne. W końcu nawet najwytrwalsi widzowie poddali się i przestali tu uczęszczać. Po paru miesiącach novum, jakim były te wszystkie tajemnicze, pobudzające młodą, cierpiącą na wybujałą fantazję wyobraźnię dźwięki, zjawisko bardzo spowszedniało. Po prostu zaczęło wiać tu nudą. Z czasem wiadomo było, że o dziewiętnastej piętnaście coś strzeli, że na zielono błyśnie się tuż po dwudziestej, zaś wrzask będzie w tonacji a-moll. A dla młodego, gorącego umysłu nie ma nic gorszego, niż monotonia.
Wkrótce droga do budzącej bardzo umiarkowaną trwogę pracowni zarosła wysokim na dwa łokcie zielskiem. Króliczy Szwadron, który miał kontrakt na okresowe przystrzyganie trawy na gościńcach, zaniedbał swych obowiązków, wychodząc z założenia, że szlak ów jest na tyle rzadko używany, iż nikt nie będzie płakał, jeśli zostanie pominięty. I gdyby nie listonosz i mleczarz, którzy regularnie we wtorki i piątki znikali w tym wybujałym gąszczu, nikt by nie pamiętał, że na jego drugim końcu znajduje się zamieszkany dom.
Jeśli zaś chodzi o kruka, to kilka miesięcy po wycofaniu się borsuka z życia publicznego przestał wieczerzać w karczmie. Za słaby na takie eskapady, przesiadywał na przyjemnie nasłonecznionym ganku swego domu, i nauczał mnie bajania. Czasami wpadał też tutaj Symeon Jeleń, ten młody narwaniec, który tak się spodobał ongiś krukowi. Był moim pierwszym prawdziwym słuchaczem. A słuchać potrafił doskonale. Niektórzy, jak Atanazy, czy może w trochę mniejszym stopniu ja, stworzeni są do mówienia, do snucia opowieści. Niektórzy jednak, jak właśnie jeleń, potrafią jedynie słuchać. Ale robią to tak dobrze, że niejeden mówca wolałby mieć jednego takiego słuchacza, miast kilkudziesięciu zwykłych, przypadkowych odbiorców. Starszyzna nadała mu zresztą odpowiednie, jeśli chodzi o znaczenie, imię - Symeon - co w którymś ze starych, zapomnianych języków znaczy "słuchający".
A jeśli chodzi o mnie, to zawsze podkreślano, że winienem iść do teatru, na aktora, głos bowiem od dziecka miałem donośny i miły dla ucha, a i pamięć niezgorszą. Broniłem się przed aktorstwem, jak mogłem, ale i tak, jak widzicie, dopadło mnie. Może w trochę innej formie, ale w końcu aktorstwo. Kruk tak mną pokierował, maksymalnie wykorzystując mój potencjał - że po niespełna półrocznej nauce umiałem już niezgorzej zdania klecić i... Eeech. No tak. Nie o sobie przecież mam tu opowiadać, a o borsuku. Racja... Otóż...


Dnia pewnego, trochę ponad rok od pamiętnej wiosennej burzy, w karczmie znów zaskrzypiały drzwi i stanął w nich nastroszony borsuk. Przed oczami wszystkich jako żywo stanął obraz trafionego piorunem Dyzmy. Co poniektórzy wydali nawet cichy okrzyk zdumienia, gdy rzeczywiście rozpoznali w przybyłym rzeczonego Dyzmę. Tyle że kołtun na futrze nie był spowodowany działaniami nieprzyjaznej aury pogodowej, a raczej rażącymi niedociągnięciami w kwestii higieny osobistej.
Borsuk, bardzo widać zadowolony z tak efektownego entrée, spojrzał za siebie i warknąwszy coś niezrozumiale, wmaszerował zdecydowanie do wnętrza lokalu. Niestety, mniej więcej dwa metry od drzwi coś gwałtownie go zatrzymało, jakby jakaś niewidzialna siła, co w tej chwili nie było wcale takie dalekie od prawdy, szarpnęła za niewidzialną uwięź. I faktycznie. Dopiero teraz dało się zauważyć uwiązany do łapy borsuka, wyplatany z roślinnych włókien sznurek. Rozległ się szmer zdziwienia. Czyżby Dyzma był na smyczy? Któż byłby w stanie to zrobić? Ten i inny słyszał wprawdzie, że jakaś urodziwa borsuczyca upodobała sobie szalonego naukowca, i gryzła każdego, kto źle mówił o jej ukochanym, jednak nie sprawiała wrażenia takiej, która miałaby siłę, czy serce uwiązać Dyzmę na postronku.
Dyzma zaś skrzywił się szpetnie i zastukał pazurami o podłogę w zniecierpliwieniu. Chwilę odpoczął, po czym szarpnął się nagle do przodu całym ciałem, warcząc w przestrzeń:
- No właź, cholero!
Jakoż i faktycznie, za moment w drzwiach ukazało się inne stworzenie. A konkretnie owca. Zapierała się wszystkimi czterema nogami i gniewnie kręciła łbem, jednak borsuk był bardzo zdecydowany, i z trudem, bo z trudem, centymetr po centymetrze wholował buntujące się stworzenie do wnętrza karczmy. Tu już nie było żadnych wątpliwości, kto kogo trzyma na smyczy, choć zdawało się, że momentami sytuacja może wyglądać zgoła odwrotnie. Owca bowiem na cherlawą raczej nie wyglądała.
Owca. Otóż to, mili moi. Jeszcze niedawno w lesie owiec nie było w ogóle. Nie tak, jak teraz. Nigdzie, w żadnym z okolicznych hrabstw, nie trzymano ani jednej owcy. Gatunek znany był jedynie nielicznym, budził jednak duże emocje - chodziły uzasadnione słuchy, że mięso tego egzotycznego wówczas zwierzęcia jest niezwykle smakowite. Z tego też zresztą powodu - przynajmniej w kąciku, gdzie tłoczyli się mięsożercy - zapadła nieprzyjemnie przedłużająca się cisza. Amadeusz zaś, ze słabo skrywaną łapczywością, zapatrzył się w to rzadkie, wełniste stworzenie, i nie wytrzymawszy spytał słodko:
- Skąd ją masz?
Dyzma spojrzał na niego z nieprzeniknioną miną, w tym czasie zaś owca dyskretnie zaczęła się cofać, ciągnąc go za sobą w stronę wyjścia. Borsuk, wyraźnie już wściekły, gwałtownie odwrócił się do zwierzęcia i z głośnym sykiem wyszczerzył kły. Owca momentalnie zatrzymała się i zaczęła dostrzegalnie drżeć, wyczytawszy widać w oczach Dyzmy nad wyraz czytelną dla niej groźbę, po czym potulnie postąpiła kilka kroków w kierunku Amadeusza, jakby u niego szukając pomocy. Niedźwiedź chyba opatrznie zrozumiał jej ruch, bowiem oblicze rozjaśnił mu uśmiech zrozumienia i aprobaty. Patrząc na owcę i wyliczając w myślach nazwy specjałów, jakie da się z niej zrobić, spytał bardzo ciepłym głosem:
- To dla mnie? Naprawdę?
Borsuk przeszył go wściekłym spojrzeniem, lecz Amadeusz nie na niego patrzył. Zacierał tylko łapy i przymierzając się, z której by tu strony chwycić niemałe w końcu zwierzę i zataszczyć do kuchni, na pieniek, nucił niczym jakąś miłosną pieśń:

w sosie koperkowym potrawka,
duszona baraninka z jarzynami,
zupa na baranich okrawkach,
potrawka z pomidorami...

Gdyby tylko wzrok potrafił kłuć, Dyzma zafundowałby właśnie Amadeuszowi przyspieszoną terapię akupunkturą. Z użyciem bratnali.
- Spróbuj tylko ją tknąć!
Zaskoczony niedźwiedź zamrugał oczami. Nic nie rozumiejąc spojrzał na borsuka.
- Co? Czemu? A na co ci ta owieczka potrzebna?
W tym momencie do pomieszczenia wparadowała druga owca. Nie licząc kilku zadrapań na policzku i czerwonej kokardy na ogonie, była kropka w kropkę identyczna, jak ta pierwsza, na sznurku. Niemal siostry syjamskie. Amadeusz minę miał coraz bardziej niewyraźną. Czuł, że sytuacja powoli zaczyna go przerastać. W dodatku słysząc, że Dyzma i tej owcy nie ma zamiaru oddawać pod nóż, westchnął cicho i jakoś tak zapadł się w sobie. To było niezrozumiałe - owce były, ale tak, jakby ich wcale nie było. No bo co to za owca, której nie można włożyć do pieca?
Borsuk zaś wyciągnął z przytroczonej do pasa torby futerał, i wyłuskał z niego okulary. Przetarł dokładnie szkiełka i nałożył na nos, po czym wygrzebał z torby zmięty żółty, pokryty nieczytelnymi gryzmołami papier. Rozprostował go pieczołowicie, odchrząknął, i przygotował się do odczytu. Miał jednak duże kłopoty z odcyfrowaniem naskrobanych w pośpiechu liter. Mimo to zaczął:
- Doświadczacie właśnie mmm... wiel... eee... Ach! wiekopomnej chwili! Te dwie oto owce, Partonka i... Hm, hm... Na cześć znanej piosenkarki... - pochylił się nad kartką i zmarszczył brwi... - Druga zaś... jej imieniem... - zaczął poruszać ustami, starając się odczytać pokryty kleksami wyraz - Nie, nie. To nie tak...
Zniecierpliwiony zmiął kartkę i cisnął ją precz, po czym, dumnie unosząc głowę, powiedział:
- Konkludując. Sklonowałem owcę. Macie ją przed sobą. To ta z kokardą.
Odpowiedziała mu cisza. Nikt nie wiwatował. Nikt nie gratulował sukcesu. Żadnych gromkich braw. Nic. Borsuk zupełnie się tego nie spodziewał. Odniósł dziwne wrażenie, że jeśli ktokolwiek złożyłby mu teraz wyrazy pochwały, to z całą pewnością dotyczyłyby one sprowadzenia wspaniałych, nieznanych zwierząt, w których to składający gratulacje dopatrywałby się zapewne surowca do pozyskania specyałów dla podniebienia.
Niejako przy okazji wybuchła też awantura z obficie śliniącymi się wilkami, którym idea niejadalnej owcy zupełnie nie mieściła się w głowach. Naukowiec, ze zjeżonym futrem i błędnym, rozświetlonym geniuszem wzrokiem, gotów był rzucić się im do gardeł za takie bluźnierstwo. Szczęśliwie w krytycznym momencie do akcji wkroczyli Włodzimierz i Zenon Niedźwiedziowie - barowa ochrona - i szybko zażegnali spór, wymachując przed nosami krzykaczy olbrzymimi, sękatymi pałami.
Dyskusja wróciła do bardziej cywilizowanego poziomu - borsuk z uporem maniaka udowadniał słuszność dokonanego eksperymentu, argumentując, iż nie można wiecznie wlec się w ogonie świata, i kiedyś trzeba wreszcie otworzyć umysły na nowe idee, zaś większa część gości lokalu dowodziła czegoś zgoła odwrotnego, mówiąc, że im w sumie dobrze bez nauki, i żadnych nowinek zasadniczo nie potrzebują. No, chyba że będzie chodziło o jakiś nowy, wymyślny gulasz, lub, zdaniem wilków, jakieś lepsze piwo, bo to u Amadeusza pozostawia bardzo wiele do życzenia. W tym momencie do sporu włączył się rozbudzony nagle Amadeusz, wymachując schwyconym spod lady rzeźnickim toporem, i żądając odszczekania tych kalumni, bowiem w jego mniemaniu ma lepsze piwo, niż, dajmy na to, taki browar "Żwawiec". Na takie dictum i wobec tak ostrych argumentów wilki zgodziły się, że rzeczywiście, piwo tutejsze lepsze jest od "Żwawieckiego", jednakowoż mimo wszystko mogłoby być jeszcze troszkę lepsze. Niestety, wilk, który to powiedział, mylił się sądząc, iż postąpił dyplomatycznie, znalazł się bowiem dwa cale od ostrza topora i czerwonych, przepełnionych żądzą mordu oczu właściciela lokalu. Gdy wyjąkał w końcu, że po głębszym zastanowieniu piwo istotnie wydaje mu się całkiem niezłe, i wad w zasadzie żadnych w nim nie wykrywa, inny z kompanii wilków bąknął coś o łamaniu praw obywatela, jeszcze inny zaś, trochę głębiej wciskając się w tłum, rzucił, że piwo może i faktycznie jest całkiem niezłe, ale gdyby podawano je w czystszych szklanicach...
Gdy z wściekłym rykiem "A co masz do czystości moich naczyń!!?" Amadeusz zamachnął się na zuchwałego wilka toporem, jeden z ochroniarzy złapał go pod pachy, a drugi szybko i sprawnie wyłuskał rzeźnickie narzędzie z łap dyszącego wściekłością niedźwiedzia. Ten, utraciwszy sztuciec, odwrócił się i, zrezygnowany nagle, żałośnie zaskomlał:
- I ty, Zenonie, przeciwko mnie?
Przez kolejne dziesięć minut, w czasie których próbowano pocieszyć załamanego Amadeusza, wilki systematycznie zamawiały kolejne kufle piwa, i - krzywiąc się, choć oczywiście nie ostentacyjnie - wysiorbywały je do ostatniej kropli, usiłując pokazać tym samym, że nic do lokalu nie mają, a poprzednie kontrowersyjne i wypowiedziane pod wpływem emocji opinie o piwie w żadnym wypadku nie odzwierciedlały faktycznego stanu rzeczy, i były jedynie literackimi, zupełnie nie zobowiązującymi metaforami.
Dyzma cierpliwie czekał, pilnując jedynie, by któraś z jego podopiecznych nie dała drapaka. Wreszcie, widząc, iż emocje powoli wygasają i towarzystwo znów ciekawie spogląda na podobne do siebie jak dwie krople wody owce, podjął wykład na temat klonowania. Wystąpiły w jego trakcie pewne rozbieżności w kwestii nazewnictwa, ponieważ mało kto zgadzał się, by tę nową metodę rozmnażania owiec nazywać klonowaniem - w żadnej owcy nie dopatrzono się bowiem niczego z klona. Gdyby był choć jeden liść... W każdym bądź razie stwierdzono, że nazwa jest myląca. Konkretnej, zastępczej, nikt jednak nie zaproponował.
Dyskusja odbiegła tak daleko od samego tematu eksperymentu, że zdenerwowany borsuk parę razy usiłował sprowadzić dyskusję na pożądane tory. Bez specjalnych sukcesów. Wreszcie, pragnąc zwrócić uwagę na sam fakt eksperymentu i wspaniałości życia, głośno zaczął, ignorując krążące na wzór echa głosy tyczące spornej kwestii nazewnictwa:
- A czy nie jest to wspaniałe, że ta sklonowana...
Z głębi sali rozległo się ostrzegawcze warknięcie. Dyzma skulił się i gorączkowo przewertował w myśli wszelkie przychodzące mu do głowy określenia tyczące rozmnażania sztucznego. Nagle oczy mu błysnęły:
- Dobrze... ZDUPLIKOWANA. Jeśli was to zadowoli... - i skłonił się z przekąsem wilkowi. Ten skrzywił się, ale pokiwał głową, jakby mówiąc "I tak, i nie".
- No, to mamy wreszcie kwestię nazewnictwa z głowy. Więc, jeśli można wrócić do meritum sprawy, czyż nie jest czymś niezwykłym, że ta zduplikowana owca jest wprost identyczna, jak ta, o, na sznurku?
- Eech, no, niby tak... - zamlaskał któryś z obecnych tu łosi - Ale po co ci dwie identyczne owce?
Borsuk zachwiał się, jak po otrzymaniu ciosu. Słabym głosem, jakby nie dowierzając temu, czego właśnie doświadcza, wydukał:
- Ale tylko przypadek zrządził, że zduplikowałem owcę. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zrobić to samo z innymi stworzeniami. Przecież w ten sam sposób można skl... zduplikować na przykład ciebie, i będziesz miał br...
- Ale ja nie chcę się duplikować.
- ...brata, tylko młodszego... - dokończył na wydechu Dyzma. - Ufff... Czy ja mówię, żebyś sobie robił tego brata? - bardzo powoli cedził słowa - Ja ci daję tylko przykład, co z tym można robić, jaki jest cel tego eksperymentu, jakie możliwości...
- No więc?
- Co - "No więc"? - Dyzma czuł, że sens rozmowy powoli, acz nad wyraz konsekwentnie wymyka się jego rozumieniu.
- No jakie są te możliwości?
Borsuk pokręcił energicznie łbem, jakby usiłując zrzucić niewidoczny ciężar, który niemiłosiernie go gniecie. Westchnął, i niemal szeptem powiedział:
- Mniejsza z tym...
- Jak to...
- Powiedziałem: MNIEJSZA Z TYM!!! - wydarł się borsuk, brutalnie szarpiąc usiłującą wymknąć się owcę. Przymknął oczy i odliczył do dziesięciu. Pozornie uspokojony, choć wciąż nękany nerwowym tikiem górnej wargi, przemówił, starając się mówić cicho i łagodnie:
- Korzyści z tego jest kilka. Przykładowo dla rodziny, która straciła swojego najbliższego - jak choćby Szpakowie - i nie może się bez niego obejść, po prostu nie wyobraża sobie takiego życia. Otóż, rodzina taka daje mi trochę tkanki zmarłego, choćby pióro, a ja z tego, powiedzmy w pół roku, że tak powiem, rodzę i zwracam im żywego, młodego, w tym przypadku ojca. Czyli jego klona... To jest... duplikat.
Nagle Dyzma znieruchomiał, przerzucając w myślach słowa, jakich użył w wypowiedzi. Musiał powiedzieć coś obraźliwego, bowiem stojący naprzeciw niego dzik, choć wydawało się to zgoła nieprawdopodobne, bardzo pobladł.
Czując, że jest obserwowany przez borsuka, wyjąkał:
- Too... znaczy się... teściowa moja... Otylia... też może ożyć?
- Nic nie stoi na przeszkodzie... - Dyzma ugryzł się w język. Nie tak trzeba było to powiedzieć. Wokół rozległy się liczne trwożliwe jęki, a także jakiś głos, na razie na szczęście odosobniony, proponujący siłowe rozwiązanie problemu. Była w nim między innymi mowa o zabieranych do grobu tajemnicach... Borsuk przeląkł się nie na żarty i jął żarliwie zaprzeczać:
- Nie, nie, nie. Niezupełnie. Samoistnie nikt nie jest w stanie odżyć. Coś takiego stałoby się jedynie wtedy, gdy ktoś mnie o to poprosi...
- To znaczy - przerwał mu ten sam dzik - jeśli poprosi cię o to mój sąsiad, z którym mam teraz na pieńku, to...?
- Nie, prośby mogę spełnić tylko wtedy, jeśli o taką przysługę poprosi członek rodziny. Najbliższej. - ostatnie słowo podkreślił.
Większość zwierząt odetchnęła z ulgą, jednak do rzadkości nie należały jęki zawodu, co było raczej niepokojące. Czyżby większość zwierząt bała się powrotu zmarłych? Cóż więc takiego musieli mieć na sumieniach? Cóż ukrywano w tych na pozór spokojnych i szczęśliwych na co dzień rodzinnych stadłach? Borsuk zaczął poważnie zastanawiać się, czy przypadkiem klonowanie nie okaże się jakąś bombą, która rozsadzi tę leśną społeczność niczym zgniłego arbuza. Czas pomyśleć nad wysokimi opłatami wpisowymi...
Wreszcie poruszył ostatnią kwestię, choć długo się zastanawiał, czy w ogóle warto to robić w takich okolicznościach. Niezdecydowanie zaczął:
- No i jeszcze sprawa krzyżówek genetycznych owcy z wilkami, jeleniami, rysiami i tak dalej, co dawałoby organy do przeszczepów...
W tym momencie omal nie dostał palpitacji serca. Znalazł się ktoś zainteresowany! W jego pobliże przepychała się właśnie Judyta. Była już posuniętą w wieku osobą, ale zawsze żywo interesowały ją nowe osiągnięcia w medycynie. Takoż i teraz poczęła się dokładnie dopytywać o szczegóły tego odkrycia. Borsuk stwierdził nagle, że milszy mu jeden uważny słuchacz, niż setka przypadkowych, myślących tylko o doraźnych korzyściach głąbów.
Wkrótce zwierzęta straciły zainteresowanie Dyzmą, który pogrążył się w rozmowie z Judytą, poczęły natomiast chyłkiem przekradać się do owiec i nabożnie dotykać ich futer. Co poniektórzy bezczelnie sprawdzali ilość tłuszczu na kościach zarówno jednego, jak i drugiego stworzenia.
Już gdy borsuk zamierzał się wynosić z karczmy, Amadeusz, aplikując sobie co chwilę krople uspokajające, zaczepił go i spytał, czy nie można by duplikować owiec w większej ilości, bo on, tego..., chętnie kilka by wziął. Poirytowany borsuk fuknął nań:
- Mój warsztat to nie fabryka. Nie po to tyle siedziałem, żeby robić zwierzęta wyłącznie na mięso.
- A może jednak... W przyszłości, na przykład? - dopytywał się rozmarzony Amadeusz, mając przed oczami jedną owcę, z której robi się nagle dwadzieścia, i cała spiżarnia..., ach...
- Nie! - i z tymi słowami borsuk wymaszerował z lokalu, a z nim jego owce. Oraz lis, który, przedstawiwszy się jako wysłannik walczącej z wyzyskiem zwierząt i wykorzystywaniem ich do celów laboratoryjnych fundacji "Ludens", począł przekonywać go, że źle czyni, więżąc obie te owce, a zapewne i jakieś szczury, myszy i chomiki, jak to czynią wszyscy obrzydliwi naukowcy, i lepiej by było...


Następnego dnia Amadeusz, po burzliwych konsultacjach z personelem baru, uznał, że skoro eksperyment Dyzmy udał się i wydał owce... przepraszam, owoce, oczywiście owoce... to znaczy, że obiekty owego eksperymentu, skoro spełniły już swoje zadanie, przestały być niezbędne do dalszych badań. Czyli, mówiąc po dzikowemu - teraz już się marnowały. W trakcie dyskusji doszedł jeszcze argument, na czasie zresztą, że w ten sposób ocali się te nieszczęsne zwierzęta przed dalszymi, na pewno okrutnym i bolesnymi badaniami borsuka. W związku z tym pod wieczór następnego dnia, zaraz po zamknięciu karczmy, w porastające prowadzącą do domku Dyzmy dróżkę chaszcze wtopiło się kilka dużych, sapiących cieni. Ich celem było pozyskanie do karczemnej spiżarni egzotycznego materiału kulinarnego. Przez kilka długich minut panowała niczym nie zmącona cisza. I nagle rozległ się pierwszy brzęk tłuczonej szyby i okrzyk protestu, a także rozpaczliwe pobekiwania...


Nazajutrz w lokalu Amadeusza panował radosny, niemal świąteczny nastrój. Radość roślinożerców wynikała z darmowych napitków, które były sponsorowane przez niecodziennie rozrzutnych mięsożerców, hojność i rozanielenie tych ostatnich zaś związane było z parującymi, wydobywanymi z wielkiej misy kawałkami bardzo smacznego mięsa.
Taką oto sielankę zastał Dyzma, który koło południa wparował do baru. Rozejrzał się wokół, tocząc rozognionym wzrokiem po głupio uśmiechniętych wilkach, po czym skierował się do obecnego na sali Włodzimierza.
- Gdzie są moje owce?
Ochroniarz popatrzył na niego spokojnie, po czym wskazał łapą wyłaniającego się z kuchni Maćka. Ten, wycierając niemożebnie brudną ścierką uwalane brunatną posoką łapy, nachylił się i spytał:
- Słucham pana?
- Gdzie Amadeusz? - warknął borsuk.
Gdzieś na zapleczu trzasnęły drzwi.
- Nie ma. Jest w terenie.
- A mnie się wydaje... - z tymi słowy skoczył do kuchennych drzwi, jednak Maciek był bliżej i zastawił sobą otwór.
- Ach... Więc to tak? Więc chcecie wojny? Dobra...
I wypadł z baru trzaskając drzwiami.


Szczerze mówiąc, niewiele sobie robiono z jego pogróżek. Do czasu. Sytuacja zmieniła się, gdy któryś z klientów pożalił się, że dostał zrobaczałego śledzia. Owszem, zdarzały się skargi na mysie bobki w piwie, na okraszone ślimakami surówki wegetariańskie, na zalatującą gnojówką herbatę, ale tego nie potrafi uniknąć żaden lokal, nawet ten najlepszy. Natomiast robaczywe śledzie... To była rzecz poważniejsza. I raczej nie przypadkowa. Bo porządnie zasolony śledź nie mógł zawierać żywych gąsienic. To było po prostu niemożliwe. No i jeszcze ta komisja, która przypętała się zaraz następnego dnia, i pierwsze co, to popędziła oglądać beczki ze śledziami. Wyglądało to bardzo podejrzanie.
A gdy któregoś dnia w dobrze utrzymanej spiżarni znaleziono podrzuconą najwyraźniej niedawno parkę szczurów z małymi, myśli wszystkich zwróciły się ku borsukowi, który od jakiegoś czasu szerokim łukiem omijał karczmę. Przynajmniej w dzień, bo Bóg raczy wiedzieć, co majstrował w nocy. Niby Amadeusz usiłował złapać dowcipnisia na gorącym uczynku, jednak jego nocne patrole nic nie dawały. Był za duży i za hałaśliwy, a borsuk, mały i zwinny, mógł się skryć w byle szparze.
Potem były jeszcze inne przejawy ewidentnie złej woli. Ktoś, znaczy się w domyśle borsuk, wrzucił do sali jadalnej flakon karaluchów na kilka chwil ledwie przed wizytą Komisji Czystości I Higieny (niby udało się większość wyłapać, ale mandat i tak był), nasypał wapna do worków z mąką, niewiadomym sposobem do pączków kleju wstrzyknął, zaś miast wina - smaru czerwonego zostawił. Z czasem Amadeusz przyłapał się na tym, że każdego ranka przeżywa swoisty dreszczyk emocji. Niemal jak na loterii "Sarenka", albo na odkrytej polanie w czasie burzy. Co będzie tym razem? Jakie straty poniosę? Ile jeszcze wytrzymam? Jedno nie pozostawiało wątpliwości - psikusy robił ktoś z wyobraźnią, bowiem pomysły raczej się nie powtarzały....
Największa groza przyszła jednak nie w związku z odkryciem kolejnej szkody, a, co paradoksalne, w związku z nie odkryciem żadnej. Bo pierwszy dzień spokoju był aż nienaturalny. Włos jeżył się na głowie na myśl, co mogło zostać przeoczone w trakcie porannej inspekcji. I faktycznie. Był to najgorszy ze wszystkich dotychczasowych dni, i najmakabryczniejszy z dowcipów. Został przeoczony drobiazg - zapchany odpływ ścieków. No i w środku dnia, w kuchni, w trakcie smażenia faworków, trysnął nagle z podłogi gejzer gnojówki.
Tu miarka się przebrała. Dyzma zdawał sobie chyba sprawę, że przeciągnął strunę, bo gdy uzbrojona w topory i dębowe pały ekipa wpadła na posiadłość borsuka, nie było go w domu, podobnie jak wszelkich szklanych naczyń i co cenniejszych ksiąg. Na środku stołu zaś leżał zaadresowany do niedźwiedzia list. Była w nim mowa o rozgoryczeniu, o kosztach sprowadzenia owiec, o zaprzepaszczonych latach badań, i takie tam inne, jednak Amadeusz zrozumiał istotę listu w mig. W skrócie przedstawiała się ona tak:
"Dasz mi owcę, dam ci spokój."
Amadeusz jakiś czas temu wykalkulował sobie, że koszta dowcipów Dyzmy dawno już przewyższyły wszelkie uzyskane z uboju owiec korzyści. I czuł, że jak tak dalej pójdzie, to borsuk rychło z torbami puści go. Zaczął nawet myśleć, czy nie lepiej by było, gdyby wtedy, podczas burzy, ten piorun trafił miast w borsuka - w karczmę. I żeby ta się spaliła. Przynajmniej dostałby ubezpieczenie. Albo, skoro już trafił w borsuka, żeby przywalił mocniej i zabił go na miejscu. Odpędzał jednak od siebie te czarne myśli i szukał kolejnych mrówek, czy rozlanej smoły. Ten list zaś dawał i jemu, i borsukowi furtkę, dzięki której mogli wyjść z twarzą z tej patowej sytuacji. Wobec tego zamknął bar i wywiesił kartkę "modernizacja lokalu", co w świetle ostatnich zniszczeń wiele z prawdą się nie mijało, po czym rozesłał swój personel w cztery strony świata, by owiec szukał.
Mógłbym wam tu długo opowiadać, co każdemu z nich się przytrafiło - a przygody wielkie mieli - lecz zostawię to na inną okazję. Wieczór się już zbliża, a chcielibyście pewnie usłyszeć, jak zakończył się ten spór o owce.
Otóż jedna z wiewiórek, ta ze słynnego Zespołu, szczęśliwie przebywszy dziesiątki krain, i uniknąwszy mrowia niebezpieczeństw znalazła miejsce, gdzie żyły dzikie owce, i, choć do dziś nie wyjawiła, jakim sposobem tego dokonała, przyprowadziła ze sobą dwie z nich. Zachęcony tak spektakularnym sukcesem Amadeusz sam osobiście wyruszył szukać miejsca tego, ale zbłądził na bagnach i wrócił pokonany. A wiedzcie, że pokonał on ledwie trzecia część drogi do Owczej Arkadii.
Zanim jednak niedźwiedź ruszył szukać samotnie owiec, przekazał uroczyście Dyzmie obie owce, mówiąc wiekopomne słowa: "com wziął, oddaję." Odtąd przyjaciółmi serdecznymi zostali i obrócili znajomość w obopólne korzyści - Amadeusz z czasem miał stałe dostawy świeżego mięsa owczego z pracującej pełną parą duplikarni uczonego borsuka, Dyzma zaś dostał zaproszenie do prezentacji kolejnych wynalazków w sali ogólnej karczmy. Sam Amadeusz starał się zapewnić borsukowi zainteresowanych nauką słuchaczy. Potem zaś wspólnie jeździli w świat po nagrody. Choćby ostatnio - za pierwszy udany przeszczep nerki (niestety, pacjent jeszcze się nie obudził, więc nie wiadomo, czy operację będzie można zaliczyć do udanych).
A wszystko, com tu rzekł, jest prawdą. Tak prawię ja, Niemir żubr!



20.07-02.08.1997r.
JAROSŁAW LORETZ




Powrót do strony głównej Powrót do Karczmy Amadeusza.