SPRAWA AGENTA BURKINA



Bazyli, wcale postawny miś, z pewnym trudem wepchnął się do jadłodajni. Cała restauracja wypełniona była zwierzętami wszelkiej maści, jednak stosunkowo najwięcej było chyba wilków. Te, powoli konsumując sarnaburgery, uważnie przyglądały się wszystkim klientom i co pewien czas z uznaniem kiwały głowami, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia i wydając pomruki aprobaty. Zapewne, gdyby właścicielem lokalu nie był Amadeusz, bliski przyjaciel Bazylego, niepisane prawo o nieagresji na terenie leśnych jadłodajni nie byłoby respektowane i znaczna część gości, miast otrzymać posiłek, sama szybko wylądowałaby na stole. Bazyli uśmiechnął się na wspomnienie wilka, który usiłował obejść to prawo. Nazywał się Jazon, czy jakoś podobnie. W drodze do restauracji niedźwiedź minął jego kaleką sylwetkę tkwiącą pod świętym dębem i żebrzącą o ochłap strawy.
Stojący za kontuarem Amadeusz dostrzegł wreszcie niedźwiedzia. Wycierając grube łapska ścierką, zawołał rubasznie:
- Bazyli! Jak miło, że wpadłeś!
Niedźwiedź mruknął coś pod nosem i podszedł do lady.
- Witam. Daj mi może miodu z lodem.
Amadeusz zakrzątnął się obok beczułki i po chwili postawił przed Bazylim tekturowy, oszroniony kubek.
- Firma stawia.
- Daj spokój! Niech przynajmniej raz na tydzień coś zapłacę.
- Nie, nie - zaśmiał się właściciel. - Za miód nigdy nie musisz płacić.
- Dzięki - mruknął Bazyli i upił trochę miodu. - Nie masz z nimi kłopotu? - spytał, zerkając na dokazujące wilki.
- Nie. Już poznały ochronę baru.
- O? Masz kogoś nowego?
- Taak - Amadeusz pochylił się nad barem i wyszeptał: - Przyszli tydzień temu i zagrozili, że puszczą z dymem.
A potem już normalnym głosem dodał:
- To włodzimierz i Zenon. Byczy goście.
- Rogacizna jakaś?
- Eee? Nie, nie. Niedźwiedzie, oczywiście, że niedźwiedzie.
Bazyli spojrzał jeszcze na wilki, po czym dopił miód.
- Wyśmienity. Daj mi jeszcze trochę.
Gdy Amadeusz stawiał przed nim kubek z napojem, Bazyli wyciągnął zza pasa wymięte "Puszczańskie Nowiny".
- Czytałeś?
- Nie, a jest coś ciekawego?
- Sam zobacz. - Rozprostował gazetę i podsunął ją pod nos barmanowi. Ten zaczął czytać półgłosem:
- Nowy podstęp Orchidei? Ten powszechnie znany oszust we wczorajszym wystąpieniu wezwał wszystkie okoliczne ptaki do wielkiej krucjaty przeciw owadom. Miejscem zbiórki ogłosił swoją przestronną norę. Odezwa spotkała się z wyjątkowo dużym oddźwiekiem. W związku z tym prokuratura rejonowa Las Zawodzie...
- Nie to. Przecież od dawna wiadomo, że lis ma niekonwencjonalne metody zapewnienia sobie wiktu. Pewnie teraz nie może domknąć spiżarni. Czytaj niżej.
- Zabójstwo sędziego śledczego. Dziś nad ranem odkryte zostały zmasakrowane zwłoki Felazego Bobra, badającego sprawę dewastacji wodociągu. Ciało sędziego nosiło wyraźne ślady...
- Niżej, jeszcze niżej.
Amadeusz uniósł brwi.
- Nekrolog?
- Tak.
- Hmm... Z wielkim bólem oznajmiamy, że w dniu wczorajszym zmarł na niewydolność serca nasz ukochany Mąż i Ojciec, Marceli Szpak. Uroczystości pogrzebowe odbędą się jutro w samo południe. - Niedźwiedź wzruszył ramonami - to niewątpliwie smutne...
Bazyli skrzywił się i machnął łapą.
- Przeczytaj jeszcze to obok.
- Obok? Aaa... W związku ze śmiercią Marcelego Szpaka likwidacji ulega agencja reklamowa "Slowiczy Głos". Jednocześnie zostają anulowane wszystkie zawarte dotychczas umowy. Za wynikłe z tego powodu szkody serdecznie przepraszamy. Rodzina.
Niedźwiedź podniósł wzrok: - Ale co to ma... zaraz! Cholera! Przecież miałem opłacony jeszcze miesiąc reklamy u tych małych drani.
Bazyli pokiwał głową, ale nim cokolwiek zdołał powiedzieć, do lady przysunął się rosły łoś i mruknął poufale:
- Szefie, co z moją surówką?
Amadeusz skoncentrował na nim wzrok i dopiero po chwili zorientował się, o co chodzi klientowi.
- Chwileczkę - uspokoił łosia, po czym zawołał w stronę kuchni: - Maciek!
- Co znowu?! - gruby głos przebił się przez szczęk talerzy.
- Gdzie surówka?!
- Jaka su... aaa. Zespół zaraz przyniesie!
- Za chwilę podadzą. Proszę o trochę cierpliwości.
Łoś wydał głębokie westchnienie i powoli skierował się do swojego stolika. Za moment z kuchni wysunął się kopiasty talerz trawiastej mieszanki i szybko ruszył w kierunku klienta. Bazyli zawsze z przyjemnością przyglądał się pracy trzech wiewiórek tworzących Zespół. Gdy danie dotarło do stolika, spod talerza wyskoczyła jedna z wiewiórek i szybko wspięła się na stół, trzymając w łapkach sznurek, po czym zrzuciła jego koniec na dół, gdzie pozostałe zwierzątka obwiązały nim talerz i zaraz błyskawicznie dołączyły do pierwszej wiewiórki. Już we trójkę zamontowały w wycięciach blatu ramię wysięgnika, na jego szczyt nałożyły i zaczęły szybko wciągać talerz. Gdy ten wreszcie zrównał się z blatem, obróciły korbą wysięgnik i opuściły naczynie wprost przed pysk oszołomionego łosia. W takiej sytuacji mało kto się nie zdumiewał. Nawet stali bywalcy baru nie mogli się nadziwić zwinności i pomysłowości, z jaką pracował zatrudniony tutaj Zespół.
Podczas gdy Bazyli przyglądał się pracy wiewiórek, Amadeusz przywołał na stronę jednego ze swoich pracowników i coś mu tłumaczył, po czym prosząc o stanowczość i takt zarazem,wysłał do wdowy po szpaku.
Gdy Zespół skrył się wreszcie w kuchni, Bazyli odwrócił się do Amadeusza i zniżając głos, zapytał:
- Po co wysłałeś tego chłopaka?
- Po co? Żeby prosił szpakową o dokończenie usługi, jaką zleciłem firmie Marcelego.
- Myślisz, że spełni prośbę?
- Owszem. To rozsądna kobieta. Oczywiście, tak na wszelki wypadek pouczyłem chłopaka, żeby uświadomił jej pewne reperkusje związane z ewentualnym zerwaniem umowy.
- Eee... To znaczy jakie?
- Nic szczególnego. Jeśli nie dokończy kampanii reklamowej, rychło znajdzie się w Karcie Dań. Myślę, że rozsądek w końcu weźmie górę.
- Nie wątpię. - Trochę wstrząśnięty Bazyli pokiwał głową - No, mam dzisiaj parę spraw do załatwienia. Muszę lecieć.
Dopił swój miód, pożegnał się z Amadeuszem i wyszedł z baru. W drzwiach minął się z dwoma kojotami. Twarze przyjezdnych wydały mu się bardzo nieszczere. Kusiło go, by wrócić do baru i zobaczyć, czego tu szukają, ale musiał pędzić do urzędu, by odebrać pocztę. O tej godzinie powinna już na niego czekać.
Pod wieczór dostał pilne zlecenie - miał jak najszybciej zanieść do mieszkającego na skraju lasu dzięcioła - telegrafisty Nikity - telegram.
Ostatni raz taki nagły telegram wysyłała Amelia Sowa, ale to było jeszcze wówczas, gdy pisywała artykuły do "Nie z tego lasu" i nie potrafiła robić tego w żądanym przez redakcję terminie. Lecz kogo teraz mogło tak naglić? Trawiony ciekawością Bazyli w końcu nie wytrzymał i upewniwszy się, że nikt tego nie widzi, zanurkował w gęste krzaki. Z rozerwanej koperty wydobył postrzępioną kartkę papieru. Ze zdumieniem odczytywał kolejne wyrazy przekazu i czuł, jak jeży się na nim futro.
"Przyślijcie ekipę STOP placówka zjedzona STOP czas gra istotną rolę STOP Burkin"
Pod spodem dopisany był adres - Kurort "Mała otucha", Zamorze. Domyślając się, o co chodzi w tej informacji i do kogo jest skierowana, Bazyli wyjął z torby czystą kartkę i przepisał telegram od nowa, trochę zmieniając jego treść: "Wszystko w porządku STOP placówka działa STOP kłopoty z alkoholizmem STOP Burkin". Jeszcze raz przeleciał wzrokiem zapisaną na kartce unformację, po czym zakleił ją w nowej kopercie i ostrożnie wynurzywszy się z krzaków, ruszył do dzięcioła.
Nazajutrz, skoro świt, Bazyli wypadł ze swego domku i pognał do baru. Po drodze minął Rysie Służby Porządkowe pucujące nie wiedzieć czemu okrwawione zarośla. Do lokalu wparował z trzaskiem drzwi i od progu zawołał do stojącego za kontuarem Amadeusza:
- Przejrzeli nas! - Amadeusz spojrzał na niego przelotnie i nadal pucował szklankę.
- Słyszysz, co mówię? Mamy tu agenta CIA! - Nie dostrzegając żadnej reakcji, powtórzył: - Jest tu agent z Kontrwywiadu Zwierzęcego!
- Naprawdę? - spokojnie spytał niedźwiedź. - Niesłychane.
Bazylemu opadła szczęka. Nie wiedząc, w jaki sposób przekonać barmana o grożącym niebezpieczeństwie, spytał:
- Ci wczoraj. Co to byli za jedni?
Amadeusz westchnął rozdzierajšco. Odłożył szklankę pod kontuar i niespiesznie zaczął przecierać ścierką blat.
- Ponoć żurnaliści. Mówili, że są z "The Tree Street Journal" i zbierają informacje o istniejących na naszym terenie firmach. Mieli z tego potem zrobić duży artykuł. Przecież każdy biznesmen o zdrowych zmysłach byłby szczęśliwy, gdyby notka o jego firmie ukazała się w takiej gazecie. Pomyśl! Cały świat o nas by czytał. - Na moment w oczach Amadeusza pojawiły się ogniki. Zaraz jednak spuścił głowę i jął przecierać blat œcierką. Po chwili ciszy wrócił do opowieści. - Jeden zasiadł w kącie i zabrał się do malowania obrazka na niewielkiej tabliczce, drugi zaś zaczął rozpytywać się o wszystko. Najpierw spisał menu, wypytywał personel o warunki pracy, jej bezpieczeństwo, o wysokość zarobków. Potem zaczął krążyć między klientami i dowiadywać się o jakość potraw, kulturę obsługi, czystość lokalu, czy ceny nie sš wygórowane, czy lokalizcja nie jest uciążliwa dla okolicznych mieszkańców, jak jest z zanieczyszczeniem środowiska... Ot, takie zwykłe pytania, jakie zadawała nam i Maryla Czapla do "Pani Gniazda". Ale potem kojot przeszedł do pytań o konkurenjcę. Czy jest jakaś, czy była, czy się liczy, czym się różni, dlaczego i gdzie jest milej, smaczniej, taniej, który lokal chętniej się odwiedza i tak dalej. I wszystko byłoby w porządku, ale w pewnym momencie dosiadł się do spitego, pustogłowego zająca. Eeech...
Bazyli złapał się za głowę i ze zgrozą zapytał:
- Co im powiedział?
- Wszystko. Wszystko, co wiedział o McMikisie. Opisał, kiedy i jak tamci przyjechali, jak wybudowali barek na bezprawnie wykarczowanej polanie. Powiedział, że inspekcję z ramienia Instytutu Jakości przeprowadził Belago Dzik i że wykrył mnóstwo rażących zaniedbań - że pracownicy za ciężką pracę dostają grosze, że nie ma żadnych zabezpieczeń ani przeszkolenia BHP, że oferowany towar jest często przeterminowany, zawiera trociny i jest niezdrowy, że posiłki są wzbogacane buntującym się personelem i niekiedy samymi klientami. Potem powiedział, że szefostwo baru dla wyciszenia sprawy opłaciło kilku zbirów, by raport nie dotarł do miejsca przeznaczenia. Wreszcie wyznał, że mieszkańcy lasu dowiedziawszy się o tych wszystkich niegodziwościach i usłyszawszy o śmierci Belago, wspólnymi siłami dokonali linczu na przybyszach zza morza, zanosząc ich wprost do smażalni leśnej, lokal zaś rozebrali i deskami z jego ścian wysłali kanalizację.
Wyjący po cichutku z przerażenia Bazyli zaskomlał:
- Gdzie ten zając?
- Aktualnie w piecu. Potem będzie w buraczkach - obojętnym głosem rzekł barman.
- Aaa... ale to i tak nie... No... Bo wiesz, oni wysłali telegram z prośbą o wsparcie, a ja go zmieniłem... i wiesz... Jak oni się o tym dowiedzą... i wrócą...
Amadeusz uśmiechnął się szeroko do łkającego Bazylego i poklepał go po plecach.
- Nie masz się o co martwić. Nawet gdyby wrócili, to byśmy cię obronili. Wszyscy. Jesteś wspaniałym, kochanym listonoszem.
- A... ale nie wrócą, prawda? - Bazyli błagalnie popatrzył na barmana, żałośnie załamujšc łapy.
- Nie, nie wrócą. - zapewnił Amadeusz i popukał w wiszący nad kontuarem jadłospis. W rubryce "Szef kuchni poleca" widniało pięknie wykaligrafowane: "Dzisiaj trochę egzotyki - Kojot w galarecie".



JAROSŁAW LORETZ




Powrót do strony głównej Powrót do Karczmy Amadeusza.